Obserwatorzy

POLECAM

piątek, 28 lutego 2014

Przesyłka dotarła:)


Witajcie moi Drodzy:)
Dziś za sprawą Anecki stałam się bogatsza o kilka kosmetyków! Dziękuję z całego serduszka:)
Informowałam Was już jakiś czas temu, że poszczęściło mi się na Aneckowo w rozdaniu i właśnie dotarła do mnie paczuszka.

W moje ręce wpadły:
paletka cieni MUA Dusk til down,
paletka cieni Rimmel Glam Eyes,
cień Famous by Sue Moxley,
cień kremowy Calvin Klein,
róż mozaikowy MUA,
szminka W7 matowa:) różowa:),
błyszczyk Sleek ,
maskary Technic i 2True oraz
próbka serum Vichy i zapachowy tatuaż Burberry:)
 
Cieszę się jak dziecko:) Kosmetyki zrobiły na mnie bardzo dobre pierwsze wrażenie (z niektórymi się już znamy, z innymi to będzie pierwszy raz:).
Mam nadzieję, że się sprawdzą.
Raz jeszcze dziękuję:) Brać udział w Twoim rozdaniu to dla mnie prawdziwa przyjemność:)

Znacie któreś z tych produktów? Jak się u Was spisały?
Od jakiegoś czasu jestem na bloglovin'. Dziś dopiero (o zgrozo) udało mi się ogarnąć przycisk:) Jeśli wolicie tam śledzić blogi - mnie też możecie:) 
Buziole:*
SW

środa, 26 lutego 2014

PAESE Mineralny Podkład Matujący

Witajcie moi Kochani:*
Tym razem mocno kosmetycznie, bo o podkładzie od PAESE. Sama bym pewnie takiego produktu nie wybrała, natomiast trafił mi się w Paese-boxie i pozytywnie mnie zaskoczył.
To Mineralny Podkład Matujący na bazie naturalnych glinek z basenu Morza Śródziemnego.
Zawiera: wapń, potas, magnez, krzem. Producent obiecuje: koi i uspokaja skórę, stymuluje procesy regeneracyjne naskórka.
Mój kolor to beż Relax effect (nr 3).
Cena: 32,9 zł - 8g
Opakowanie jest eleganckie, charakterystyczne dla Paese - czarne, matowe wykończenie, białe logo. Podkład zapakowany jest w plastikowy, solidny słoiczek z tym, że nakrętka jest raczej na wcisk, a nie na zakręcanie. Bez obaw - podkład nie otwiera się sam. 
 Po otwarciu oczom naszym ukazuje się puszek na nierówno dociętym poszarpanym kartoniku. Ale jest satynowa wstążka i logo. 
Pod puszkiem sitko do odpowiedniego dozowania produktu.
I mój brudny puszek:) - nie piorę, bo nie używam!
Sytuacja przedstawiona na zdj. powyżej dzieje się cały czas - podkład się wysypuje przez oczka i wgniata w puszek.
Ale przejdźmy do samego produktu. Delikatnie pachnie pudrem (przychodzi na mą myśl Yardley z mamy kosmetyczki).
Podkład jest miałki jak mąka pszenna. To dobrze określa stopień zmielenia. 
Do nakładania używam pędzla kabuki flat top i dla mnie to jedyne rozsądne narzędzie - ew. Beauty blenderem ale takowego nie posiadam. Do czego dążę - podkład taki stemplujemy na twarzy aniżeli rozsmarowujemy. 
Kolor trafił mi się mój - idealny:) Tak prezentuje się na dłoni. 
 I rozprowadzony.
I teraz jedni sobie pomyślą - idealnie się scala ze skórą. Inni - zero krycia!
A ja Wam powiem, że jedni i drudzy mają trochę racji. Podkład świetnie wtapia się w skórę - do mojej cery dopasowuje się wyśmienicie - efekt jest lepszy i bardziej naturalny od wielu płynnych, drogeryjnych podkładów. Z kryciem z kolei nie jest za dobrze. Na co dzień, kiedy moja cera jest gładka i bez skazy i bez wykwitów i zaskórników - jak najbardziej - choć wtedy zazwyczaj nakładam sam krem. Na małe zmiany, czy przebarwienia wg mnie się nie nadaje zupełnie. Jednak jeśli potrzebujecie lekkiego podkładu - będzie dla Was idealny. 
Co do trwałości - 4 h przy mojej tłuszczącej się cerze w strefie T. Potem trzeba albo nałożyć kolejną warstwę, albo przypudrować, a co najmniej użyć bibułkę matującą. 
Podkład też jest bardzo wydajny! Zużycie jest minimalne, a sięgam po niego od grudnia.
I mimo braku spektakularnych efektów - jestem z niego bardzo zadowolona.

Ocena: 8/10
A Wy, lubicie podkłady mineralne? Macie jakiś swój ulubiony?
Buziole:*

SW

poniedziałek, 24 lutego 2014

Yankee, Kringle i Essences - jakie woski wybrać?

Witajcie moi Drodzy:*
Dziś mam dla was kolejny post z zapleczem zapachowym mojego domu. Jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch kominków i dość często ich używam. Zaczęła się również powiększać kolekcja moich wosków. Jako, że Yankee Candle wyczerpało już moje zapachowe "zachcianki", zaczęłam szukać dalej. Z ciekawości, rozeznania rynku, czy poszukania alternatyw.


 I tak natknęłam się na woski Kringle Candle. 
 Pierwsze co mnie do nich przekonało to spożywcze zapachy! Różnorodność jest nieziemska, a i zapachy mocno wyszukane (np. zapachy sernikowe, czy dyniowe, czy pieprzu cayenne). Cena - w zależności od zapachu 11-13 zł. Wagowo przedstawiają się korzystnie bo dostajemy 40 g produktu (Yankee -22 g). I z jednej strony to jest naprawdę dobra cena jak za taką gramaturę,  z drugiej, ja chyba wolę mniejsze zapachy i częściej je zmieniać - ale jak kto woli:) Produkt jest w formie odlanego wosku z praktyczną podziałką na 5 części. I to też ma swoje wady i zalety. Wadą jest, że bardzo trudno włożyć mniejszą porcję do kominka niż tą zalecaną przez producenta - zapach jest bardzo intensywny i słodki i ja niestety u siebie w pokoju rozpalić go nie mogę bo jest po prostu zbyt intensywny. Z drugiej strony - ta forma jest trochę bardziej poręczna - woski Yankee są jakby sprasowanymi kuleczkami wosku i bardzo ale to bardzo łatwo się kruszą. I znowu kto co lubi - ale mnie denerwuje, że po użyciu wosk jest wszędzie i, że potrzebuję dodatkowych worków strunowych be je przechowywać.  Ja dla siebie wybrałam wosk o zapachu ciasteczek kokosowych. I bardzo go lubię, mimo, że jest mega słodki (pamiętacie takie ciastka kokosanki? to jest dokładnie to samo:).

Mimo, że i Yankee, i Kringle są dobrej jakości, jednak ich cena do najniższych nie należy. Mocno się zdenerwowałam, kiedy zobaczyłam, że cena wosków Yankee wzrosła z 6 do aż 7 złotych!
Szukając tańszej alternatywy trafiłam na woski Essences of Life
Woski te kosztują 1,50 - 1,55 zł za sztukę. Są też mniejsze od tradycyjnych wosków -te mają 16 g (Yankee -22 g) co na załączonych obrazkach można podejrzeć.
 
Do moich zbiorów dołączyła trawa cytrynowa i kawa. I o ile nie powiem Wam nic o kawie, o tyle trawa cytrynowa pachnie nieziemsko. Opakowanie było rozerwane, otworzyłam zatem do końca i wrzuciłam na kominek.
 I tu pojawia się pierwszy problem (drugi, licząc rozerwaną folię, czy też niedokładne jej zgrzanie). Wosk jest w postaci odlewu z parafiny i bardzo, ale to bardzo ciężko go ułupać. Potrzeba tu silnych i zimnych dłoni, w przeciwnym razie wosk zacznie się robić plastyczny i nie ułupiemy z niego już nic. 
Łupałam z każdej strony aż w końcu prawie pół wosku wylądowało w kominku. Zapach jest intensywny i prawdziwy. Nie mam jak na razie żadnych zastrzeżeń jeśli chodzi o zapach, jednak wydajność (muszę zużyć wosk na dwa razy bo nie ma go jak podzielić) pozostawia do życzenia.

A Wy? Zdradziliście Yankee Candle z innymi?
Jestem niezmiernie ciekawa Waszych opinii:)
Buziole:*
SW

sobota, 22 lutego 2014

MaxFactor Facefinity all day flawless

Witajcie moi Kochani:*
Ostatni tydzień obfitował dla mnie w dobre wieści:) Zdałam wszystkie egzaminy na uczelni, wygrałam w rozdaniu u Anecki (górę nagród, górę!) i otrzymałam podkład to testów firmy MaxFactor.
Także już niedługo będziecie się mogli przekonać jak współpracuje on z moją skórą oraz czy rzeczywiście jest produktem 3 w 1 - według obietnic producenta ma być bazą, podkładem i korektorem.
Sama skręcam się z ciekawości jak da sobie radę:)
Znacie? A może i Wy otrzymałyście produkt do testów? Dajcie znać!
Buziole:*
SW

czwartek, 20 lutego 2014

Nowości i prezenty




Witajcie moi Kochani.


Dziś post szybki jak Zbyszek, krótki jak skoki rywali Kamila i w sumie wytrwały jak Justyna:) Szybki - bo nie mam za dużo do pokazania, krótki bo staram się walczyć z moją wylewnością i wytrwały - bo staram się nic nie kupować!

Mam dla Was kilka nowości w mojej kosmetyczce. Jedne jednak i niestety - kupiłam, inne dostałam. 


Jedziemy od początku.

Zamówionko z Oriflame.
Krem pod oczy Optimals - wyczytałam gdzieś, że porządne nawilżenie okolic oczu spłyci linie mimiczne pod oczami - nie zlikwiduje ich całkowicie, ale zmniejszy ich widoczność -tak więc zaczęłam obsesyjnie dbać o skórę oczu. Ma zmniejszać opuchnięcia i walczyć z sińcami.
Cienie do powiek Very me - fiolety i brązy na moje zielone oczy, cena przekonała mnie do zakupu.
Odżywka do paznokci Nail Shield - zużywam jej kilogramami:)
Tusz do kresek Gel liner - wstyd, że jeszcze nie miałam go w rękach...
Do kolejnego zamówienia dorzuciłam jeszcze mój ulubiony tusz do rzęs:
Wonder lash - zawsze kupuję również inne tusze i się ciąglę zastanawiam: po co? Ten zaspokaja moje wszystkie "rzęsowe" potrzeby.
A jak byłam w biedronce to kupiłam na kończącej się już promocji odżywkę do włosów Timotei z olejkiem arganowym.
Tu zbiór prezentów.
 L'occitane - krem nawilżający do rąk i szampon do włosów, dostałam jak rejestrowałam się w ich klubie. 
ambio - pomadka ochronna od mamusi - przeczytała, że w składzie olej kokosowy, którym ostatnio się zachwycałam i mi kupiła...:)
Iwostin, Dermedic, AA, Pharmaceris - szukam skutecznego dermokosmetyku, który na dobre zmatowi cerę w strefie T i poskromi moje pory.
Do Golden Rose wstąpiłam dziś tylko obejrzeć matowe szminki, pomacać, wiecie:)
No i przepadłam! Kupiłam
2x Velvet matte lipstick - kolory 02 i 18
Lakier do paznokci Rich Color  - 05 i
Lakier z efektem cukrowej posypki Holiday - 87 już z myślą o wiośnie. 

I tyle:) i bardzo jestem z siebie dumna, że nie kupuję - bo naprawdę nie powinnam:) A dlaczego dowiecie się już wkrótce:)

Dajcie znać jak się u Was sprawdziły zaprezentowane produkty. Czekam niecierpliwie.
Buziaki:*
SW

poniedziałek, 17 lutego 2014

List z Holandii od Burberry

Witajcie moi Kochani.
Dziś otrzymałam list z Holandii z pachnącą zawartością. To przesyłka od BURBERRY. Jakiś czas temu można było się zarejestrować u nich na stronie by przetestować nowy zapach. Dostałam swój i ja. Niby nic, a paczuszka cieszy. To Scented temporary tatoo - listki zapachowe nasączone zapachem BRIT RHYTHM. Działają na zasadzie odciśnięcia i pozostawienia zapachowego tatuażu na skórze.

Jeszcze nie wąchałam także o zapachu nie opowiem, recenzji też nie napiszę - bo to tylko próbka, ale dam na pewno znać. Zapach ma być aromatyczny, cytrusowy, piżmowy, korzenny, z nutą białych kwiatów - więc zapowiada się naprawdę fajnie:) 

I tu dodam moją refleksję. Firmie opłaca się przesłać próbkę zapachu setki kilometrów byleby tylko się zaprezentować, zareklamować i oczywiście wypromować.  Duży szacun dla Burberry:)
Znacie zapachy Burberry? A może także testujecie ten?
Czekam na komentarze:) 
Buziaki:*
SW

niedziela, 16 lutego 2014

Ukoronowanie paznokci z Diadem (lakier do paznokci)


  



Witajcie Moi Kochani!

Po pierwsze: jak się Wam podoba nowy wygląd bloga? Ja jestem tym bardziej dumna, że wszystkich absolutnie zmian dokonałam sama, nagłówek zrobiłam sama, a szablon dostosowałam do swoich potrzeb:)
Po drugie to juz prawie 3 i pół tysiąca odsłon! Wow:) Jestem z Was bardzo, bardzo dumna:) I wydaje mi się, że porzucę moje założenie (dowiecie się jakie:) kiedy wybije odsłon 5000:) Dziękuję, że czytacie, że jesteście tu ze mną:) To fantastyczne uczucie, wiedzieć, że nie jestem tu sama.
Po trzecie - dziś o lakierze do paznokci! Firma Diadem ma dla nas propozycję lakierów sygnowanych właśnie taką ozdobą na głowę:) Ja kiedyś, kiedy byłem małym chłopcem :D miałam czerwony - i  przypadł mi on wtedy do gustu. Niedawno (no ale w sumie już kilka ładnych miesięcy temu) skusiłam sie na odcień cielisty w poszukiwaniach mojego idealnego odcienia nude. To kolor 47. 
W drogerii osiedlowej zapłaciłam za niego 10zł. Pojemność to 12 mL. Opakowanie standardowe, trzonek pędzelka okrągły, wygodny, dobrze leży w dłoni. Pędzelek z tych cienkich, standardowych. Mimo, że takich nie lubię, ten wyjątkowo dobrze radzi sobie z tym lakierem. 
Nie pozostawia smug, lekko, "ślisko" się rozprowadza i zadziwiająco dobrze kryje. Jedna warstwa.
Dwie kryją całkowicie, bez prześwitów i smug. Można je było zobaczyć przy okazji fotek podkładu Perfect Fusion (zostawiłam sam) 
czy Lovely (z matowym topem):) 
Szybko wysycha i rzadko pojawiają się na nim odgniotki.
                                       

Na zdjęciu powyżej obietnica producenta drobnym druczkiem. 
 Jeśli chodzi o trwałość - nie mam nic do zarzucenia 4 dni bez uszczerbku najmniejszego:) Około piątego dnia ściera się na końcówkach ale dalej nie ma mowy o odpryskach.  Dodam, że moja mama też jest jego fanką za sprawą właśnie trwałości:) U mnie ma duży plus również za kolor - to jeden z lepszych kandydatów na nudziak idealny. 
Jak już wspomniałam mam go jakiś czas... Miesiące te liczę raczej w naście:) I co mnie zaskoczyło na plus? Nie gęstnieje! Powróciłam do niego żeby po prostu go zużyć i nie wyrzucać i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo nic się absolutnie z nim nie stało. 

Ocena: 9,5/10!
Mimo wysokiej oceny, nie wiem czy kupię go ponownie:) Podobnie spisują się GR richcolor a cena jest niższa. Poza tym, nigdy mi nie po drodze do tej małej drogerii:)

Znacie lakiery diadem? Jak się u Was spisywały?
Jestem ciekawa Waszych opinii.
Buziole:*
SW

piątek, 14 lutego 2014

Tender Care - najdelikatniejsza opieka Oriflame

Witajcie moi Kochani!
Dziś mam dla Was propozycję fenomenalnego kremu, który od lat już... no... z sześciu podbija moje serce. Pamiętam jak jeszcze jako licealistka podkradałam koleżance z ławki i nie mogłam się nadziwić jego cudownym właściwościom. Mowa o Tender Care od Oriflame.
To seria pielęgnacyjnych kremów z charakterystycznym logiem. Dostępne są w wersji klasycznej, czekoladowej, wiśniowej, waniliowej, karmelowej, porzeczkowej, migdałowej i kokosowej.
Od producenta: "Zawiera wyciąg z plastra miodu oraz olejki roślinne. Cudownie koi skórę, przywraca jej miękkość i gładki wygląd. Idealny do pielęgnacji miejsc szczególnie narażonych na wysuszenie i pierzchnięcie."
Cena: 15 mL od 9,90 do 25zł w cenie regularnej.
Produkt zamknięty jest w plastikowym słoiczku-jajku, opakowanie jest bardzo eleganckie, niestety jednak niepraktyczne. Kiedy zużyjemy część kosmetyku, wyciąganie go zaczyna być niemałą trudnością. Szerokość "wlotu" to 2,4 cm, głębokość słoiczka to ponad 3 cm... I dla tych co matematyki nie lubią - to oznacza, że kosmetyk przy wyciąganiu zawsze będzie lądował pod paznokciami (czego osobiście ja nie znoszę, nienawidzę i bleee).

Jednak i na to znalazłam sposób:) Kiedy tylko wyciągnięcie produktu zaczyna sprawiać trudności, odwracam je do góry dnem i kładę na grzejniku. Wtedy zmienia on swój stan skupienia i po prostu przelewa się w stronę wieczka. Tym sposobem, mój kremik zawsze łatwo wyciągnąć z opakowania.

Krem ma konsystencję bardziej masła niż kremu ale jest lżejsza od tradycyjnej wazeliny. Jest przeźroczysty. Na ustach jest praktycznie niewidoczna, ale pozostawia warstewkę delikatnego połysku. Na dłoniach również zostawia warstewkę tłustego filmu.
Obecnie w swojej kolekcji mam 3- migdałowy (jeszcze świeżutki czeka w tajemnej szufladzie na swoją kolej), czekoladowy (pachnie ciemną czekoladą) i wiśniowy (dla niego zdradziłam wersję tradycyjną - bezzapachową, świeży, słodki zapach wiśni).
Jeden z dwóch w użyciu zawsze mam przy sobie w torebce, drugi leży zawsze na biurku lub wędruje ze mną do łóżka. Stosuję go na wszystkie przesuszone miejsca - skórki przy paznokciach, mocno przesuszone dłonie, łokcie, kolana, ale też na usta czy rany na popękanych od mrozu dłoni.
Przechodząc do meritum: Krem jest fenomenalny. Jak żaden od lat naprawia moją skórę. Nałożony na usta na noc sprawia, że rano są gładziuchne i nawilżone. W jedną noc łagodzi też szkody wyrządzone przez mróz. Dwudniowa kuracja - leczy z nich całkowicie. Problematyczne miejsca zmiękcza i nawilża. Polecam ją również stosować podczas kataru na obolałe i pozdzierane skrzydełka nosa - smarujemy na noc, rano budzimy się z nowym nosem:). Na twarzy nie powoduje zapychania i powstawania zaskórników. Do tego te obłędnie przepyszne zapachy! Kokos (trafił się bratowej) pachnie mleczkiem kokosowym, karmel (przyjaciółce nr1) i Boziu, chciało się go zjeść lub tylko wąchać :), wanilia (przyjaciółka nr 2) słodko, ale delikatniej niż pozostałe, migdał - to prawdziwy migdał, nie jakaś przesłodzona wersja masy marcepanowej. 
I generalnie bardzo go lubię:) Uważam, że jego jedyny minus to niepraktyczne i niehigieniczne opakowanie.
Za to odejmuję pół punktu!
Ocena: 9,5/10
Znacie te kultowe kremy? Podzielcie się wrażeniami:)
Ja je uwielbiam:)
Całuję:*
SW

©Szczęśliwych©
©Walentynek©

wtorek, 11 lutego 2014

Lovely nude make up kit


Witajcie moi Kochani, przepraszam za kilkudniową nieobecność, ale sesja nie podatki - tego nie ominiesz:/
Dziś mam dla Was testowaną już jakiś czas paletę cieni Lovely nude make up kit, która w blogosferze ma teraz swoje 5 minut:)


Czasem nazywana jest też Naked dla ubogich. Czy tak jest w rzeczywistości? 
Zacznijmy od początku. 12 cieni zamkniętych jest w trochę tandetnym, plastikowym, kremowo- przeźroczystym opakowaniu. Kształt wypraski przypomina ten z UD. Cena tego cuda to 11,90!
Opakowanie w sklepie niczym nie jest zabezpieczone, jedni otwierają z ciekawości, inni by się pomalować, inni swatchują, a ja otwieram i szukam tej jednej jedynej nie tkniętej, pod czujnym okiem Pana Ochroniarza (nienawidzę być traktowana jako potencjalny złodziej). W zestawie jest również pacynka. 
Cieni jest 12, paleta ma 15,6 g co daje 1,3 g na jeden cień - dobry wynik. 
Z tyłu również instrukcja jak wykonać nudowy smoky:) 
Przejdźmy do kolorków. 
3 maty, 9 cieni błyszczących. 
3 zimne odcienie, 9 ciepłych. 

1. matowy jasny cielisty
2. satynowy szampan
3. matowy ecru
4. metalik, miedziany brąz
5. matowy, cielisty wpadający w lila róż
6. metalik, średni brąz
 7. perłowy jasny szampan z odcieniem różu
8. metalik, szary
9. metalik, srebrny
10. perłowy jasny brąz
11. satynowy ciemny brąz
12.matowa czerń z drobinkami brokatu

 Jak się z nimi pracuje? Całkiem przyjemnie! Jestem zaskoczona jakością palety w tak niskiej cenie. Cienie fantastycznie się rozcierają i łączą, a pigmentacja pozwala na dozowanie produktu w zależności od potrzeb, mimo, że nie jest jakaś fenomenalna. Wszystko fajnie, ładnie, pięknie, tylko cienie niestety nie są zbyt trwałe. Mimo stosowania bazy potrafią się zbierać w załamaniu powieki po 6-8 godzinach. Ale jak na relację ceny do jakości to wypada naprawdę dobrze. 



A Wy znacie paletę Lovely? Podzielcie się wrażeniami:) 

Ocena (rzetelna, żeby nie było:): 6,5/10.
Ocena relacji ceny do jakości: 9/10 :p

Buziole:*
SW